Loading
  • Bo o co w sumie chodzi w życiu?

    Zastanawialiście się kiedyś o co chodzi w życiu??
    Na pewno jest to ciężkie pytanie, i chyba każdy się nad tym prędzej czy później zastanawia. Oby prędzej niż później, tego Wam życzę 😉

    Każdy człowiek ma w życiu własne priorytety, ukształtowane doświadczeniami i tym całym bagażem doświadczeń zdobytych w dotychczasowej egzystencji. Tutaj, już chyba po raz któryś na blogu, nadmienię że własnymi doświadczeniami jest to co sami przeżyliśmy, co sami wypracowaliśmy, do jakich wniosków doszliśmy i jakie nauki z tego wyciągnęliśmy. Czyli własne doświadczenie i bagaż życiowy to jest tylko i wyłącznie nasza zasługa i doświadczeniem nie jest to co zrobiła mama/babcia/teściowa czy koleżanka.
    Jeżeli nie włożymy ręki do wrzątku to nigdy nie będziemy mieli pewności, że parzy.
    Wiec nie, doświadczeniem nie jest gdy teściowa powie, ze ona wie lepiej bo już to przeżyła i żeby tak nie robić. To nie na tym życie polega. Życie polega właśnie na doświadczaniu samemu, owszem, z rad innych można skorzystać lub nie i jest to całkowicie nasza decyzja, za którą zapłacimy dobrym lub złym skutkiem. Chyba proste 🙂

    Najczęściej w obliczu refleksji i dogłębnych analiz naszych dotychczasowych działań stajemy gdy jest nam ciężko, gdy trafiliśmy w ślepą uliczkę lub gdy stawiamy czoła chorobie lub śmierci (swojej lub bliskich).

    Gdy byłam dzieckiem i zdarzało się iść na pogrzeb słyszałam że jest to miejsce refleksji i zadumy. Nigdy tego nie rozumiałam i dla dziecka był to po prostu pokaz złożenia trumny do grobu. Do rozumienia niektórych pojęć trzeba dorosnąć i ja mogę się pochwalić taką dojrzałą świadomością w tym momencie 🙂

    Największe autorefleksje nad swoim życiem to jak wspomniałam momenty choroby i śmierci.
    Ja już miałam takie chwile w swoim życiu i na przykład gdy miałam chore oczy i prawie nic nie widziałam to właśnie wtedy włączały się czarne myśli. Na pewno trochę wyolbrzymione ale jednak czarne. Że stracę wzrok, ze już nic więcej nie zobaczę, a przecież wzrok w mojej pracy artystycznej jest najważniejszy. Że byłby to koniec świata, koniec mnie, koniec moich marzeń. Że jeszcze tyle pozostaje do zobaczenia, tyle mnie ominie, tyle nie doświadczę, nie zrobię tego co bym chciała a co niestety jak wielu odkładam na później.

    I w takich momentach właśnie zaskakuje z tyłu głowy przemyślenie czy ja na pewno żyję dobrze, że gdybym jutro miała umrzeć to czy czegoś bym żałowała, coś bym zrobiła inaczej?
    No i to najważniejsze pytanie: czy dotychczasowe życie przeżyłam tak jak ja bym tego chciała czy tak jak tego oczekiwali ode mnie inni?

    Niestety tak jest skonstruowany ten świat, ze najpierw dążymy do spełnienia oczekiwań naszych rodziców, potem nauczycieli, potem pracodawcy, potem rodziny i przyjaciół. A my? Kiedy jest czas na spełnianie oczekiwań wobec samego siebie?
    Uważam, że to właśnie my powinniśmy być dla siebie na pierwszym miejscu. Uszczęśliwianie innych? Owszem tak, ale zaraz na drugim miejscu po sobie. Egoistyczne? W żadnym wypadku.
    Spełnianie wymagań innych pomijając swoją własną osobę jest jak wyjaławianie ciężką chemią żyznej gleby. Marnotrawstwo prowadzące do degradacji, wyniszczenia, zatracenia i smutku. Coś co było produktywne, piękne i wartościowe staje się niczym w porównaniu z potrzebami innych. Inni są zawsze ważniejsi, inni są zawsze cenniejsi. Nie, nie twierdzę, że powinniśmy działać patrząc tylko na siebie i pomijać innych oaz ich potrzeby. Było by to niewłaściwe i właśnie egoistyczne podejście. Uważam, ze każda potrzeba innego istnienia powinna iść w zgodzie z potrzeba własnego ja, a tylko wtedy obie strony będą zadowolone.

    No właśnie, a gdy potrzeby innych kłócą się z potrzebami i przekonaniami naszymi? Znam wielu, którzy powiedzieli by wtedy „poświęć się”. A co ja cierpiętnik jestem? Jeżeli kiedyś przyjdzie mi do głowy biczowanie się po plecach to tylko dla własnej przyjemności a nie w odpokutowaniu grzechów innych ludzi. Nie, dostosowywanie się na siłę nie wchodzi w moim życiu w grę. Ja wiem, brzmi to egoistycznie, ale nie jest. Jedynie brzmi bo tak zostaliśmy wychowani. Dostosuj się, nagnij, ustąp w dobrej sprawie. Każdy zna te teksty wypowiadane z ust innych. Ale to jest droga na skróty, a taka droga potrafi wyrządzić więcej szkód niż dobrego.
    Uważam, że nie należy chodzić na skróty, na łatwiznę i po najmniejszej linii oporu. Jeśli mi coś nie pasuję to to zmieniam. Nie jestem drzewem i zawsze mogę się przesadzić. Ot, to takie proste. A szukając swojego idealnego miejsca jest szansa, ze się je znajdzie i będzie szczęśliwym.

    Niestety, dzisiejszy świat dąży do uprzedmiotowienia jednostki jaką jest człowiek. Nakręcanie popytu na dobra materialne to nakręcanie tym samym wyniszczania siebie aby za wszelka cenę na te dobra zarobić. W efekcie by zaspokoić swoje chciejstwo dajemy się upokarzać pracodawcy, odmawiamy sobie przyjemności, ucinamy możliwość kreatywnego myślenia w celu podporządkowania się innym. I gdzie tu sens istnienia? Stajemy się robotami, bezmyślnymi maszynami, które słyszą jedynie „pracuj, pracuj, pracuj!”.

    Kiedyś widziałam piękną grafikę, która na długo zapadła mi w pamięć: dzieciaki w kupie z głowami w różnych kształtach i z masą pomysłów wpadające z hukiem do budynku z napisem szkoła. Po drugiej stronie budynku drzwi wyjściowe z której wysuwa się grzeczny, ułożony rządek dzieci, z głowami w kształcie kwadratu z ułożonymi myślami i zerem kreatywności. Smutne. Niestety to realia.
    Kreatywność i szerokie spojrzenie na świat jest w cenie, ale ale… nie dla wszystkich. Aby wybrana grupa ludzi mogła tworzyć, to musi istnieć gro ludzi z tabliczkami „robol” aby prace nudna, ciężką i nieprzyjemną wykonywać w sposób najbardziej efektywny i najbardziej dla pracodawcy opłacalny. Brzmi znajomo? Bo potrzebna jest metoda aby tych myślących twórczo nie było zbyt wielu no bo przecież chaos się zrobi.

    No i tutaj dochodzimy do sedna sprawy. O co chodzi w życiu? Czy właśnie o to istnienie dla innych pomijając swoją osobę?
    To chyba właśnie my sami powinniśmy być dla siebie sanktuarium, jedynym jakie mamy w tym życiu i które należy bezwzględnie czcić.
    Najgorszą z możliwości jest tkwienie w toksycznej relacji, czy to zawodowej, czy to prywatnej czy jakiejkolwiek innej.
    Nie jesteśmy drzewami, możemy się z łatwością przesadzić, tylko sami musimy tego chcieć. To chciejstwo jest popularnie nazywane wyjściem z własnej strefy komfortu i na początku jest bardzo trudne. niestety wielu ludzi woli wygodnie tkwić w przykrej sytuacji nic zmusić sie do ruchu wykraczającego poza ich przyzwyczajenia. Ale gdy zrobi się pierwszy krok to potem widzi się ogromne profity wynikające z takiego ruchu.

    Czyli w życiu o co chodzi? No chyba o szczęście siebie. Czyli szczęście swoje wewnętrzne i własnego otoczenia.
    Dla mnie ważne są małe gesty, małe przyjemności, które tak naprawdę tworzą całe moje otoczenie. Taką moja otoczkę samozadowolenia i samorealizacji.
    Uważam, że nie potrzebuję trzech mega samochodów aby czuć się szczęśliwa. Ale oczywiście gdy czuję potrzebę kupienia sobie nowej biżuterii to nie roztrząsam dniami czy ją kupić i w efekcie okazuje się że ktoś mi ją sprzątną sprzed nosa, bo potem człowiek jedyne wypomina sobie, że mógł ją mieć gdyby tyle nie myślał. W życiu chodzi o przyjemność, a nie o ascetyzm i wstrzemięźliwość.
    Po prostu: róbmy to co nam sprawia przyjemność nie szkodząc innym 🙂

    pozdrawiam ciepło
    Magda 🙂

  • Może również spodoba Ci się