Loading
  • Czemu wolę kanapę od kina

    Wolę oglądać w domu niż w kinie – tak mówię JA.
    No i pierwsza myśl odbiorcy: centuś, woli nie wydawać na kino.

    Ale właśnie, ze nie!

    Szanuje ludzi, którzy preferują zobaczyć coś na ogromnym ekranie, jest to dla nich wydarzenie, ach wyprawa do kina, ten dzwięk, ten obraz, ale ja mam swoje powody:


    1. Lubię komentować.
    No lubię no. To chyba mój argument numer jeden. Gdy jakaś scena wymaga moich natychmiastowych przemyśleń, komentarza, coś jest durne czy wręcz przeciwnie – fantastyczne, to lubię wyrazić swoją opinię. I na kanapie robię to bez skrępowania, a w kinie… dziób na kłódkę i patrz.

    2. Jak mi nie podpowiada film to nie oglądam
    A to jest argument numer dwa nawijający się zaraz po myśli „dziób na kłódkę i parz”. Trailer trailerem ale nie wszystkie filmy są udane. Ba, są takie które trailer maja świetny i w sumie w nim pokazano jedyne dobre sceny filmu. Więc w sumie mogła bym obejrzeć trailer a film pominąć. Są też filmy które oglądam dla dobra wspólnego. Czyli żeby komuś sprawić przyjemność. Owszem tak, potrafię się poświęcić. Ostatnio był film taki, nie będę tu lecieć po tytułach. Przez pierwsze pół filmu myślałam o tym dlaczego ja właściwie nie kupiłam tego popcornu, a drugą połowę filmu modliłam się, żeby albo się pocałowali, albo się to już skończyło. Wniosek? 2 godziny wyjęte z życia. Zmarnowane. Ale cel wyższy został osiągnięty – czyli zadowolenie innej osoby, że ja siedzę obok.

    3. Popcorn i nie tylko
    No właśnie, żarcie w kinie – temat przez wielu nie lubiany, zwłaszcza jeśli ktoś nie je popcornu tylko przytargał do kina własną, wielką szeleszczącą pakę chipsów o przeszywająco intensywnym zapachu. Bywa i tak. Ja tam toleruje to szeleszczenie.
    No a w domu? Popcorn mogę zrobić i w garnku i w mikrofali, ile tylko go zapragnę i za rozsądną cenę 🙂 Tutaj rzeczywiście, czasami mi szkoda 12zł na kubełek popcornu, który wiem że jest warty jakieś 3zł.
    W domu nie dość, że mogę pływać w popcornie jeśli najdzie mnie takie zboczenie to i wceluję popcornem w dip serowy bo nie jest masakrycznie ciemno, jeśli mnie najdzie nagle ochota bo zobaczyłam na ekranie żarcie to zrobię pause i sobie przyrządzę by razem z bohaterami na ekranie zażerać się pizzą 🙂
    Chcę batonika, idę po batonika, chcę pić herbatę to idę po herbatę, potem po sok, colę, wodę i piiiiwko 🙂 Rozumiecie co mam na myśli – robię co chcę, a nie siedzę na miejscu nr 12 w rzędzie E, aż do napisów końcowych.

    4. Siusiu
    No właśnie, odnośnie łażenia. Ja tam zawsze staram się wysikać przed seansem czy to w kinie czy w domu. Ale czasami organizm jest mądrzejszy i jeśli już scena jest mega mega ciekawa to odezwie się ten wredny pęcherz że właśnie teraz się napełnił rozwodnioną kinową colą…. Ja tam jestem wytrzymała i zmienię pozycję, przeboleję i dotrwam do końca, ale są ludzie co i po 3 razy podczas seansu biegają. Nie lubię tego. A w domu? PAUSA i idę 🙂 I nic mnie nie omija. I mogę nawet na kibelku dłużej posiedzieć jak mnie chęć najdzie. I siedzę na swoim kibelku 🙂 Hi, hi, ile plusów 🙂

    5. Klimatyzacja
    Ohhhh, uwielbiam, uwielbiam gdy mi w japę wieje w kinie klimatyzacja. A zdarza się to praktycznie zawsze… Ja rozumiem, dużo osób na sali, żeby zaduchu nie było. Ok, jest ustalona jakaś tam temperatura kiedy człowiek lepiej ogląda. Ale to chyba nie jest moja temperatura. Moje zatoki po wyjściu z kina zawsze bolą i krzyczą, że zostały skrzywdzone.

    6. Duży ekran
    Ja rozumiem, wieeelki, piękny ekran. Tylko, tylko… Ten wielki ekran to nie zawsze jest plus. Mimo, że zawsze rezerwujemy miejsca tak by siedzieć wysoko i możliwie po środku to ja zawsze macham głową z jednej strony na drugą. Nie wiem, może jestem inna a zasięg mojego wzroku ograniczony. No nie wiem, zawsze mnie kark boli bo seansie w kinie. Może to też wina klimatyzacji, ale ruch głową jak na siłowni 😉
    Druga sprawa, mnie ten wielgaśny ekran jakoś nie podnieca. Niektórzy twierdza, że się czują jak w środku akcji, ze lepiej przeżywają. Dla mnie jednak nie ma takiego znaczenia.

    7. Najlepsze miejsca
    Jak idziemy do kina trzeba zrobić rezerwację wcześniej jeśli to nowa projekcja lub iść w późniejszym terminie aby ustrzelić te najlepsze miejsca, a nie w pierwszym rzędzie pod ekranem. A w domu? Kanapa, poduszki, zawsze najlepszy widok 😉

    8. Relaks i blisko do łóżka i dowolna pozycja odbioru filmu
    No właśnie, ta kanapa w domu to co innego niż kubełkowy fotel w kinie. W kinie siadasz i tak masz siedzieć, a w domu? Kanapa, poduszki, oglądanie na leżąco, siedząc po turecku czy nawet wisząc pod sufitem – czyli jak kto chce. Jest to dla mnie niesamowita wygoda rozwalić się bezczelnie jak chcę i bekać po łyku piwka. To się nazywa relaks. W kinie jakoś nie umiem się tak zrelaksować. Może przez bliskość innych.
    No i blisko do łóżka. Czyli nie muszę się wywlec z kina, wsiąść do samochodu i pojechać do domu by legnąć na wyrku, tylko ściągam co mam na sobie i po 10 metrach leżę 🙂 Jest różnica? 🙂

    9. Inni ludzie
    Tak jak wyżej napisałam siedząc w kinie mam świadomość obecności innych i nie pozwala mi się to w pełni zrelaksować. Jeszcze dobrze gdy w kinie nie trafi się żaden kretyn co myśli że jest sam i sobie świeci komórką, szeleści paczką paluszków lub co chwile wychodzi po dolewkę picia.
    Ba, w dzisiejszych czasach higiena w postaci regularnego mycia ciała nie jest oczywista oczywistością. Serio, czasami mam wrażenie, że ludzie stracili węch i nie czuja, że śmierdzą. I jeszcze lepiej gdy taki delikwent siądzie koło ciebie. Dla mnie to jest koniec skupienia na filmie.
    Nie będę tu wspominać o rodzicach, którzy pozwalają dzieciom na wszystko, dzieciaki nie rozumieją filmu bo rodzice bezmyślnie przyszli na film z napisami i suma summarum się nudzą kopiąc w oparcie siedzenia przed sobą. Och, można by długo o ludzkiej głupocie opowiadać.

    10.Czas, czas, czas….
    Po trochu uważam również, że kino marnuje mój czas zmuszając mnie do odbioru biletów 30min przed seansem, jeżeli nie wydrukowałam ich sobie sama z internetu, oraz do oglądania pół godziny reklam batoników i ofert banku. O zwiastunach nie wspominam, bo to akurat lubię. Po to nie mam telewizji by nie oglądać durnych treści. A reklamy uważam, za te najdurniejsze. W domu nie ma tego problemu.
    Oczywiście jeszcze tutaj warto wspomnieć o czasie na dojazd, powrót oraz… czas zaplanowanego seansu.
    Ja wiem, że seanse są co pół godziny na przykład, ale ja lubię zacząć oglądać wtedy kiedy MI pasuje a nie wtedy kiedy muszę. Wiem, egoizm, ale zdrowy 😉

    A wy, kochacie magię kina, chcecie być pierwsi na premierze? Czy może jak ja wolicie spokój domowego zacisza?

    pozdrawiam
    Magda

  • Może również spodoba Ci się