Loading
  • Życie psiary…

    Pies… mam 🙂
    Choć tak nie do końca, ale mam.
    Może jednak zacznę od początku.
    Większość mojego życia to życie ze zwierzakami. Pierwszego psa dostałam na komunie w wieku lat 12. Sznaucer miniaturka sól z pieprzem. Chłopak, Bongo. Do dziś dnia pamiętam jak pojechaliśmy pierwszy raz do hodowli wybrać szczeniaka.

    Późne lato, maluchy siedziały na zabudowanym balkonie, brykały tam i szalały. Było ich chyba sześcioro, same chłopaki. Bonga wybrała mama, był ruchliwy i ciekawski. Pamiętam też jak go przywieźliśmy, w samochodzie siedział w wiklinowym koszyku w moich nogach, strasznie się tam kręcąc bo chciał na kolana. No i wyrósł z niego sporawy chłopak, niesamowicie inteligentny, indywidualista. Towarzyszył mi przez okres szkolny, gimnazjum, liceum i początek studiów. To dzięki niemu przeżyłam gdy nie zdałam matury i pamiętam jak chlipałam w poduszkę, ze gdyby nie on to już bym sobie coś zrobiła. Byłam dla niego, on był moja iskierką i światełkiem na tym świecie. Moim maluchem, dzieckiem i braciszkiem. Był kimś kim się opiekowałam. Ostatnie dwa lata swojego życia miał zaćmę, podobno widział tylko czy jest jasno czy ciemno ale radził sobie znakomicie. Znał rozkład mebli na pamięć, na spacerze reagował na ruchy smyczą by nie wpaść na drzewo. Był cudownym sierściuchem. Niestety, zaćma była następstwem hiperlipidemii, choroby genetycznej. Walka trwała długo, niestety ją przegraliśmy z chorobą. Nerki w końcu przestały pracować, żółtaczka. Koniec. Miał niecałe 13lat. Również do dziś pamiętam jak siedziałyśmy z mama i ryczałyśmy. Koniec przyszedł niespodziewanie, bo wioząc go do weterynarza miałam wrażenie że żółtaczka trochę ustąpiła i to po prostu będzie następna kroplówka. A wróciłam do domu z ciałem.

    Przez rok każda wzmianka o psie kończyła się płaczem.

    Kolejny rok minął pod znakiem tęsknoty i braku psa. Dojrzewałam, że bez psa to nie jest życie.

    Zobaczyłam rasę Chevalier King Charles Spaniel i się zakochałam od pierwszego spojrzenia.
    Zaczęłam szukać. Wiedziałam, że chcę chłopaka bleinheim. I znalazłam Moose’a.
    To już ponad pięć lat jak jest u mnie a ja pamiętam jak dziś jak z Andrzejem jechaliśmy po psa i z nim wracaliśmy do Warszawy, jak rodzice byli zaskoczeni, że kupiłam nowego zwierzaka 🙂 Wszystko pamiętam.
    A teraz Moose jest chory. Tak strasznie się boję diagnozy, boję się, że będzie cierpiał i egoistycznie się boję że i on mnie za szybko zostawi.

    Pamiętam sytuacje jeszcze z Bongiem. Miał może cztery lub pięć lat a ja leżałam z nim na łóżku i patrząc się na niego powiedziałam „nie wyobrażam sobie jak to będzie gdy Ciebie już nie będzie”. Niestety, w końcu się dowiedziałam. „Strasznie będzie” powiedziała bym tej nastolatce leżącej na łóżku koło psa. Że ból w końcu minie, wspomnienia pozostaną.
    Pamiętam też jak po śmierci Bonga strasznie nie chciałam zapomnieć jego zapachu i dotyku sierści. Niestety, w końcu zapomniałam.

    I te wszystkie doświadczenia odbijają się teraz echem w mojej głowie gdy widzę mojego psa walczącego z ciągle niezdiagnozowaną chorobą.
    W najbliższym tygodniu będzie miał specjalistyczne badania wysyłane do Niemiec. Jeśli z nich nic nie wyjdzie, tedy biopsja szpiku. Brzmi strasznie, ale straszniej w głowie huczy groźba: „To może być szpiczak…. szpiczak”.
    A to niestety jest wyrok. I się strasznie tego boję.
    Dlaczego napisałam, ze mam psa, ale nie do końca. Nie, to nie dlatego, że szarpię się z chorobą o jego życie.
    Mój pies nie mieszka ze mną 🙂 Mój pies mieszka z moimi rodzicami. Czy w takim wypadku mogę jeszcze powiedzieć że mam psa?

    Gdy wyprowadzałam się z rodzinnego domu półtora roku temu mama powiedziała: „Ty się możesz wyprowadzić, ale pies zostaje ze mną”. No i pies został. Psa widzę niemalże codziennie, bo jestem rodziców pięć na siedem dni w tygodniu, mieszkam bliziutko. No, ale właśnie, pies nie sypia ze mną, co było na początku dla mnie strasznym szokiem. Ja, ja przyzwyczajona, że pies się rozpycha na pół łózka, ze pies chrapie i się wierci, ze czasami trzeba przytulić… A tu nagle w łóżku tylko chłop mający swoja połowę łóżka… Niby podobnie ale jednak nie to samo.
    Moja aktualna praca nie pozwala mi zajmować się psiakiem tak intensywnie jak gdybym tego chciała, a u rodziców ma on ciągłą opiekę, ciszę i spokój. Nie wspominając już o mojej mamie, która po mojej wyprowadzce tak psa rozpieściła, że aż się wstyd przyznać że ja tego psa znam i mam z nim coś wspólnego. Dosłownie: rozpieszczony pies o mentalności dwulatka. Ci, którzy wiedza jak straszny może być rozpieszczony dwulatek to wiedzą o czym mówię. Wymuszenia, mobbing wobec opiekuna i szantaż. To tak w skrócie 🙂 A, i jeszcze błagalne oczy psa, że ja jem sernik a on nie.

    Więc tak, mam psa ale na pewną odległość od siebie, ma to jeden podstawowy plus: gdy chce od tego wszystkiego odpocząć, gdy przerasta mnie zagadnienie jego choroby i natłok myśli i bezradność po prostu idę do siebie i nie mam psa. Jestem wtedy tylko ja i ja, a pies jest u rodziców.
    Wiem, to jest obarczanie moich rodziców psem, lecz z drugiej strony moim rodzicom pies daje wiele radości jak widzę. Mama często powtarza (choć głownie mówi do psa): „jak dobrze, ze Magda Cie kupiła, nudno było by bez Ciebie”.

    Jestem w sumie w sytuacji, że mam psa, ale nie do końca, mam obowiązki wobec psa, ale też nie do końca. Z jednej strony dobrze mi z tym, z drugiej za mało mam psa, chciała bym więcej.
    Wszystko ma swoje plusy i minusy.
    Takie, ostatnie przemyślenia.
    Niestety, choroba tak bliskiej mi osoby jak Moose, wysysa ze mnie chęci do pisania, do działania, zmartwienia się kłębią, niepewność, dlatego tak rzadko pojawiają się wpisy.
    Trzymajcie proszę kciuki za mojego psiura małego.

    pozdrawiam
    Magda

  • Może również spodoba Ci się